czwartek, 16 sierpnia 2012

Rozdział dwudziesty trzeci.


Biegłam przez ciemny las nie zatrzymując się ani nie odwracając. Czułam na sobie czyjś wzrok oraz przerażający strach. Nagle na mojej drodze pojawił się niezidentyfikowany przedmiot. Potknęłam się i z wielkim hukiem runęłam na chłodną ziemię.
Usiadłam na łóżku. Takie dziwne sny prześladowały mnie cała dzisiejszą noc. Rozejrzałam się po pokoju Bartek najwidoczniej już wstał ponieważ na materacu obok mojego łóżka leżała schludnie złożona pościel. Sięgnęłam po telefon który trzymałam pod poduszką.  
-Cholera! –zaklęłam cicho gdy zobaczyłam że jest już po 12. Miałam wstać wcześniej żeby jak najszybciej udać się do szpitala. Błyskawicznie wyskoczyłam z łóżka i wyleciałam z pokoju. Pierwsze co zrobiłam to udałam się do łazienki. Wzięłam szybko zimny prysznic, który przyjemnie mnie orzeźwił.  Zawinęłam się ręcznikiem i jak strzała wróciłam do swojego pokoju. Wyjęłam z walizki czarne leginsy i luźną jeansową koszulę. Szybko wskoczyłam w ubranie, rozczesałam włosy i podwijając rękawy koszuli wyszłam z pokoju.  
-Cześć –rzuciłam do siedzących w salonie osób i nie czekając na odpowiedź zabrałam się za wkładanie na nogi trampek.
-Nie zjesz śniadania? –zapytała mama zjawiając się w drzwiach.
-Nie. –odpowiedziałam trochę oschle po czym dodałam już innym tonem –Jakoś nie jestem głodna.
-W takim razie trzymaj, kupisz sobie coś na mieście jak zgłodniejesz. –odparła wręczając mi 30 zł. –Chcesz żeby Wojtek Cię zawiózł?
-Nie, dzięki, pojadę autobusem.
-To może chociaż weź ze sobą Bartka? Poczeka na ciebie pod salą czy coś.
-Jasne. Bartek! –krzyknęłam.
-Tak?  -zapytał zdezorientowany chłopak pojawiając się w korytarzu.
-Masz ochotę przejechać się ze mną do szpitala? –zapytałam.
-Nie ma sprawy. Poczekaj, wezmę tylko bluzę.
-Możesz wziąć też moją torbę, leży na biurku.
Za chwile Bartek był z powrotem w przedpokoju. Wzięłam od niego swoją torbę i wyszliśmy z domu.  Skierowaliśmy się na najbliższy przystanek, z którego autobus zawiózł nas pod sam szpital. Gdy pokonaliśmy drzwi na czujnik, które się przed nami otworzyły uświadomiłam sobie że nie wiem na jakiej sali leży mój przyjaciel. Wiedziałam tylko że oddział to intensywna terapia.
-Ehh… -westchnęłam głośno.
-Coś się stało? –zapytał Bartek.
-Nic, tylko nie wiem na jakiej sali leży Gabryś. Zapomniałam zapytać o to mamę. No cóż w takim razie musze zapytać o to w recepcji.  –odruchowo poprawiłam dół koszuli i ruszyłam w stronę kontuaru, za którym siedziały dwie kobiety. –Dzień dobry. –przywitałam się ciepło. Szczupła kobieta w czarnej spódnicy i łososiowej marynarce spojrzała na mnie spod okularów.
-Co trzeba?- bąknęła szukając czegoś w papierach. „Nie ma to jak dobre maniery” –pomyślałam.
-Chciałam zapytać w jakiej sali leży Gabriel Kwiatkowski. Miał wczoraj wypadek. –kobieta spojrzała na mnie z dziwnym grymasem, wystukała cos w komputer po czym znów jej niebieskie tęczówki zatrzymały się na mojej twarzy.
-Sala numer 7. –rzuciła od niechcenia.  Podziękowałam jej z wymuszonym uśmiechem na ustach i razem z Bartkiem ruszyłam w stronę windy. Wcześniej jeszcze upewniłam się na którym piętrze znajduje się intensywna terapia.  2 piętro było końcem naszej krótkiej podróży windą. Wyszłam i od razu poczułam specyficzny zapach szpitala, w recepcji nie było jeszcze czuć tego zapachu. Oczywiście ściany były tu pomalowane na jasne pastelowe kolory, a podłoga wyłożona śliskimi kafelkami. Przeszliśmy przez szklane drzwi prowadzące na oddział i ruszyliśmy prosto korytarzem zwracając uwagę na numery sal.  Gdy znaleźliśmy tą właściwą Bartek uśmiechnął się do mnie dodając mi otuchy, a sam usiadł na krześle naprzeciwko. Przez nie do końca zasłonięte żaluzje w dużym oknie drzwi zauważyłam że przy łóżku siedzi mama Gabrysia. Cicho zapukałam, nacisnęłam na klamkę i pchnęłam drzwi. To co ujrzałam było gorsze niż sobie wyobrażałam. Mój przyjaciel leżał na łóżku podłączony to różnych kabli i kabelków. W całym pomieszczeniu słychać było miarowy dźwięk wydawany przez respirator. Głowę miał owinięta bandażem.  Jego prawą rękę pokrywał gips, a na twarzy widniały liczne siniaki. Łzy zebrały się w moich oczach.
-Dzień dobry. –przywiałam się z mama mojego przyjaciela gdy przypomniałam sobie o jej obecności.
-Witaj Tosiu. –powiedziała. Była to kobieta z klasą. Zawsze ubierała się elegancko, do tego lekki makijaż i ładnie ułożone włosy. Tym razem było inaczej.  Miała na sobie stary rozciągnięty sweter, byle jakie jeansy i niedbale spięte włosy. Przeraziła mnie jej nienaturalna blada cera i ogromne podkowy pod oczami.  Zapewne nie zmrużyła dzisiaj oka, a do tego płakała.
-Co z nim? Poprawiło się coś? –zapytałam.
-Jest lepiej niż wczoraj, lekarze mówią ze niedługo powinien odzyskać przytomność. –oznajmiła ledwo słyszalnym głosikiem.
-Niech się pani nie martwi. On z tego wyjdzie. –powiedziałam przytulając kobietę do siebie. Poczułam że zaczęła płakać po moim policzku również popłynęła łza, a za nią kolejna i jeszcze jedna.
-Mogę mieć do Ciebie prośbę Tosiu? –zapytała nagle zerkając na Gabrysia.
-Jasne.
-Posiedziałabyś przy nim trochę?  Ja skoczyłabym do domu przebrać się i odświeżyć, a za jakieś półgodziny przyjedzie tu mój mąż.
-No pewnie. Nie ma sprawy.
-Dziękuję kochanie. –powiedziała ściskając moją dłoń. Nachyliła się nad Gabrysiem i pocałowała go w czoło owinięte bandażem. –No to na razie. –po wiedział do mnie otwierając drzwi. Zanim za nimi zniknęła zdążyłam odpowiedzieć „do widzenia” . Drzwi cicho się zamknęły, a ja zostałam sama z moim nieprzytomnym przyjacielem. Usiadłam na krześle koło łóżka, na którym siedziała wcześniej jego mama i złapałam jego bezwładną dłoń. Po policzkach łzy spływały mi strumieniami.
-Wyjdziesz tego. –szepnęłam przez łzy, którymi zaczynałam się dławić. –Wierze w Ciebie, słyszysz?
Opuściłam głowę i oparłam ja na naszych dłoniach. Nie mogłam pohamować płaczu. Szlochałam jak małe dziecko, a łzy kapały mi po brodzie mocząc moją koszulę. I nagle coś poczułam. Pierwszą moja myślą było to że tylko mi się zdawało jednak po chwili poczułam to znowu tym razem mocniej.  Dłoń chłopaka niewątpliwie się poruszyła, a jego palce próbowały ścisnąć moje jednak były zbyt słabe.
-Gabryś. –powiedziałam nie wiedząc czy kierowałam to do siebie czy do niego. Spojrzałam na twarz chłopaka. Jego brew drgnęła, a po chwili otworzył oczy.
-Tosia? –cicho zapytał ślepo szukając mnie wzrokiem gdy wreszcie trafił na moją twarz lekko się uśmiechnął.
-Jestem tu. –powiedziałam uśmiechając się do niego przez łzy i ściskając jego rękę.
-Co… Co się stało? –zapytał.
-Miałeś wypadek. –powiedziałam. –Nawet nie wiesz jak się o ciebie martwiłam. –podniosłam się z krzesła i nachyliłam się nad nim.  Nasze spojrzenia się spotkały, a ja długo nie myśląc pocałowałam go.  Radość rozpierająca mnie od środka była tak ogromna że chyba nie trochę poniosło bo nagle aparatura zaczęła szybciej wydawać z siebie dźwięki. Oderwałam się od ust mojego przyjaciela.
-Kocham Cię, wiesz? –powiedział słabo, ale widać było że jest z tego mega zadowolony.
-Ja Cię też. –pocałowałam go w czoło i usiadłam z powrotem na krześle. –Mam cos dla ciebie. –powiedziałam i wyjęłam z torby mały pakunek- w prawdzie miałam Ci go dać w innych okolicznościach, ale wyszło inaczej.
Wyjęłam z ozdobnej torby koszulkę i płytę pokazałam mu je a on się uśmiechnął.
-Dziękuję. –wychrypiał. Odłożyłam prezent na szafkę obok łóżka. I wbiłam wzrok w przyjaciela. Czułam ze po moich policzkach nadal spływają łzy. Wytarłam je.
-Zdrzemnij się –powiedziałam. –Jesteś zmęczony.
-Boję się. –szepnął.
-Czego? –zapytałam zdziwiona.
-Że pójdziesz sobie bez pożegnania. –zaśmiałam się.
-Jeśli chcesz to możemy pożegnać się zawczasu.
-Okej. –powiedział z zawadiackim uśmiechem. Cały Gabryś, chyba zaczyna wracać do normy. Gdy tylko nasze twarze dzieliły centymetry dźwięk aparatur znów przyśpieszył.  Zachichotałam i złożyłam na jego ustach delikatny pocałunek.
-Śpij słodko. –powiedziałam wracając do pozycji siedzącej.  Chłopak zamknął oczy i już po chwili zasnął z delikatnym uśmiechem na ustach. Pięć minut później w sali pojawił się pan Kwiatkowski. Przywitałam się z nim i opowiedziałam o tym że Gabryś się przebudził.
-Dziękuję. –powiedział mężczyzna gdy zaczęłam się zbierać.
-Ależ nie ma za co. –uśmiechnęłam się do niego ciepło. Pożegnałam go i opuściłam salę. Bartka nie było na krześle, ruszyłam więc w stronę wyjścia z oddziału. Za szklanymi drzwiami prowadzącymii na oddział zobaczyłam znana mi dobrze sylwetkę chłopaka. Wyszłam do niego i rzuciłam się mu na szyję.
-Gabryś odzyskał przytomność. Rozmawiałam z nim. –mówiłam radośnie. –Czuję że już będzie wszystko okej.
-No widzisz. – powiedział Bartek i spojrzał mi prosto w oczy z których właśnie w tej chwili popłynęły łzy. –No to po co płaczesz głuptasie?
-To ze szczęścia. –powiedziałam wycierając łzy. –Chodźmy już, to miejsce mnie przytłacza. –powiedziałam ciągnąc go za rękę w stronę windy. 
*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*_*
Ufff... Udało mi się. Mam nadzieję ze się spodoba.  Doszłąm do wniosku że koniec z szantażem, bo nie o to tu chodzi . ; )Ale jeśli będzie mało komentarzy to może być to koniec kariery tego bloga. Ale z tym poczekam do września, bo na razie wakacje i większości nie ma w domach . ;p Tak więc to tyle.. Aaa no i po raz któryś tam zmieniłam zdjęcie Tośki. ; )) Żeegnam : *E.

5 komentarzy:

  1. jest Gabrys żyje . <333333
    Tosia i Gabryś <33333333333333333333333333.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale świetnie piszesz, gratulacje;)
    Spytam z ciekawości - ile masz lat?

    OdpowiedzUsuń